вторник, 31 мая 2011 г.

Jak się uczyłam polskiego

Tak jak obiecałam, parę słów o tym, w jaki sposób uczę się polskiego.

Przede wszystkim dowiedziałam się, jak się czyta litery. Aby upewnić się, że czytam poprawnie, wzięłam jedną lekcję korepetycji: ja czytałam na głos, dziewczyna słuchała, czy poprawnie czytam. Następnie znalazłam w necie szkołę języków w Krakowie i zapisałam się na dwutygodniowy kurs w sierpniu (a wtedy był marzec). W ankiecie trzeba było jakoś określić swój poziom, określiłam jako średniozaawansowany i napisałam komentarz (po niemiecku), że chociaż dopiero zaczynam się uczyć, ale do sierpnia się nauczę. No i na razie byłam dość zadowolona z siebie, bo jak ma się dużo czasu przed sobą, to się nie śpieszy. :) Dalej nie zajmowałam się polskim wcale, bo ciągle wydawało mi się, że jeszcze mam dużo czasu. W maju i czerwcu miałam sesję. No i nagle zauważyłam, że czasu zostało niedużo, a przecież w sierpniu miałam być "średniozaawansowana". Więc nie doczekując końca sesji zaczęłam się uczyć bardzo, bardzo intensywnie, bo żadną miarą nie chciałam trafić do grupy początkujących! Dobra motywacja, co? )
Jako pierwszą książkę przeczytałam "Wszystko czerwone", napisaną metodą rosyjskiego nauczyciela Ilji Franka. To świetna metoda, polegająca na tym, że tekst zawiera dosłowne tłumaczenie.
Obejrzałam wszystkie serie "Świnki Peppy". Moim zdaniem, świetna bajka. W ogóle przesłuchałam mnóstwo różnych bajek na youtube. Po prostu włączałam i zajmowałam się czymś w rodzaju zmywania naczyń, nie przejmując się tym, że rozumiem tylko niektóre słowa (takie same, co są również w rosyjskim). Dowiedziałam się, że przy ambasadzie jest biblioteka (już nawet nie pamiętam skąd). Z początku czytałam to co mi dawali bibliotekarze. Czasami miałam jakieś życzenia jak to: "coś napisanego prostym językiem" - Katarzyna Grochola, "coś, co zawiera dużo dialogów" - "Dzień świra".
Oprócz tego czytałam forum o kolarstwie szosowym i nawet pisałam w forum, bo zamierzałam wziąć ze sobą rower i chciałam znaleźć sobie towarzystwo do treningów. Z początku zaproponowano mi pisać po angielsku, bo moje wpisy wyglądały jakbym korzystała z google translate. Ha! Żadnego google, sama! )) Także czytałam forum o kotach. Przed wyjazdem zdążyłam przeczytać pięć książek. Prawie nic nie sprawdzałam w słowniku, nie miałam na to ani czasu, ani chęci (bo za dużo byłoby słów do sprawdzania), po prostu czytałam i starałam się domyśleć, co to może znaczyć. To było bardzo przyjemnie. To wspaniałe uczucie, kiedy przychodzi olśnienie i nagle można zakrzyknąć "Wiem, wiem, co to znaczy!!" Raz jeden spróbowałam zapoznać się z gramatyką, znalazłam artukuł na ten temat na wikipedii. No co tu powiedzieć, polska gramatyka jest okropna. Nic nie zrozumiałam i zamknęłam stronę. Chyba my też mamy okropną gramatykę? Różne tam kilkanaście typów koniugacji? Na szczęście nie pamiętam tego!
No i oto przyszedł dzień wyjazdu. To była dawno wymarzona podróż samochodem. Wiele trudu mnie kosztowało, by przekonać rodziców, że to jest bezpiecznie, że nic mi nie będzie i że sms co godzina to jednak przesada. Tak byłam podniecona wyjazdem, że ani na chwilę nie potrafiłam zasnąć. O 5 rano wyruszyłam.
Cała wyprawa była boska. W ogóle to były najlepsze wakacje, jakie w życiu miałam. Pogoda super, droga najprzyjemniejsza, koleżanki w grupie wspaniałe, nauczycielka świetna. Wszystko i wszyscy - lepiej być nie mogło! Pierwszym człowiekiem, z którym rozmawiałam po polsku, była nauczycielka i to podczas testu wstępnego. Udawałam, że to dla mnie zwykła sprawa (bo myślałam sobie "Boże, tylko nie do początkujących"), no i udało się, trafiłam do C1. To taka mała szkoła, w naszej grupie były trzy dziewczyny, Joanna z Danii (ma polską matkę), Lesia ze lwowa (chciała studiować we Wrocławiu) i ja. Nie powiem, że dużo się nauczyłam w szkole, bo lekcje trwały tylko dwie godziny dziennie, no a resztę czasu szkoda byłoby spędzać z książkami. Ale najważniejsze było to, że upewniłam się, że mogę mówić, że ludzie mnie rozumieją i że ja rozumiem ludzi. Całe dnie byłyśmy na ulicach, wróciłam opalona jak z nad morza. Nauczycielka ciągle nazywała mnie fenomenem, to było z jednej strony przyjemnie, ale też krępujące, bo nie uważam siebie za fenomen, nic tu nie ma dziwnego, po prostu języki są podobne.
Po powrocie kontynuuję naukę: czytam, piszę listy do przyjacioł, słucham radia. Teraz już sprawdzam znaczenie wszystkich nowych słów w słowniku, bo jest już niewiele nowych słów. Ponieważ czytam w metrze, podkreślam słowa ołówkiem, potem przed komputerem sprawdzam i wymazuję linie gumką. Nie wypisuję, bo to zajęłoby za wiele czasu. Oprócz tego, słowa pozbawione kontekstu stają się nagie i martwe. Należy po prostu czytać dalej, by przeczytać te słowo kilka tysięcy razy w różnych kontekstach, nie marnując czasu na wypisywanie. Dlatego warto jest czytać długie książki, bo każdy autor ma swoje słownictwo. Np nigdzie nie widziałam wcześniej słowa "ziścić", natomiast Maria Kuncewiczowa w "Cudzoziemce" używa go osiem razy (3 razy jako "ziścić/się", 2 razy jako "ziszczona" i 3 razy jako "nieziszczalne"), w taki oto sposób słowo daje się zapamiętać bez wysiłku.
Nie wiem, czy ten wpis może komuś pomóc, bo jakoś nie mam porządnego systemu nauki, żeby można było polecić go wszystkim uczącym się różnych języków. Ale moim zdaniem, porządek zabija przyjemność. Mi się podoba czytać, słuchać, pisać listy. Zaraz przyjdzie lato, można będzie czytać na plaży. Życzę wszystkim radosnej nauki :)

среда, 25 мая 2011 г.

Podsumowanie. Lektury

Za miesiąc będzie pierwsza rocznica, kiedy zaczęłam się uczyć polskiego. Ponieważ nauka polega głównie na czytaniu książek, więc podsumowanie wygląda jako lista przeczytanych lektur w tym porządku, w jakim je przeczytałam.

Joanna Chmielewska "Wszystko czerwone"
Janusz Głowacki "Z głowy"
Andrzej Stasiuk "Dojczland"
Katarzyna Grochola "Zielone drzwi"
Marek Koterski "Dzień świra"
Joanne Rowling "Harry Potter i zakon feniksa"
Jan Strzałka "O psach, kotach i aniołach"
Barbara Faron "Szczęście smakuje truskawkami"
Wiesław Myśliwski "Traktat o łuskaniu fasoli", "Nagi sad", "Widnokrąg"
Jan Potocki "Rękopis znaliziony w Saragossie"
Olga Tokarczuk "Dom dzienny, dom nocny"
Bruno Schulz "Sklepy cynamonowe"
Bolesław Prus "Lalka"
Sławomir Mrożek "Opowiadania z Trzmelowej Góry"
Stefan Żeromski "Ludzie bezdomni"
Henryk Sienkiewicz "Pan Wołodyjowski"
Sławomir Mrożek "Opowiadanina"
Jacek Dukaj "Wroniec"
Jerzy Andrzejewski "Bramy raju"

вторник, 24 мая 2011 г.

Moja największa porażka komunikacyjna

Tym razem nowy wpis został spowodowany ciekawą informacją o chińskich zwyczajach na blogu Ev. Już dawno nie jest dla mnie tajemnicą ten fakt, że mamy dużo wspólnego z Chińczykami. Kiedy uczyłam się niemieckiego w Monachium, każdy w grupie musiał przygotować referat na dowolny temat i chłopak z Chin wybrał sobie jako temat "różnice pomiędzy kulturą chińską a europejską". Słuchałam co mówił i ze zdziwieniem dowiedziałam się, że jednak mam o wiele więcej wspólnego z Chinami niż z Niemcami. Chłopak opowiadał o tym, z czym ma problemy w Niemczech, czego mu brakuje, co się bardzo różni w zachowaniu ludzi. Dotyczyło to rodziny (np tego, że w Chinach cała rodzina kręci się wokół dziecka), roli babci i dziadków, jedzenia, stosunków przyjacielskich, które w Chinach są o wiele więcej rozbudowane niż w Niemczech itd. Nie pamiętam wszystkiego, ale pamiętam, jak byłam zaskoczona tym, że tak dobrze go rozumiem. Miał w dodatku do referatu fajne rysunki. Np o jedzeniu miał taki:








Co znaczy, że w Chinach ciepłe potrawy trzy razy dziennie są bardzo ważne, natomiast w Niemczech tylko jeden raz. Wtedy pomyślałam: szkoda, że o tym nic nie wiedziałam wcześniej, bo akurat kilka dni przed tym referatem miałam duży problem, związany z jedzeniem.

Ponieważ wszystko poznaje się w porównaniu, więc dopiero w Niemczech dowiedziałam się, jak lubię jeść i jaką ważną rolę odgrywa jedzenie w mojej kulturze, bo żadne obcowanie z ludźmi nie odbywa się w Rosji bez dobrego, smacznego, obfitego jedzenia. Dlatego formuła "Lubię Cię, więc daję Ci dobre jedzenie" była dla mnie czymś, co się rozumie samo przez się. A gdy dla każdego z uczestników komunikacji coś innego się rozumie samo przez się, na pewno rodzą się nieporozumienia.

Instytut Goethego organizuje dla swoich studentów weekendy w tak zwanej Gastfamilie, to znaczy, że student spędza weekend w niemieckiej rodzinie. Powiedzieli nam, że to są ludzie, którzy bardzo lubią przyjmować gości z różnych krajów, żeby pokazać im swój własny i żeby umożliwić samotnym studentom z akademika prawdziwy rodzinny weekend. Ponieważ rodziny mi bardzo brakowało, więc zdecydowałam się na tę wycieczkę.

Kiedy jechałam, oczywiście nie myślałam bezpośrednio o jedzeniu, myślałam o tym, że czeka na mnie przyjemny wieczór, zapoznanie się z nowymi ludźmi, ciekawe rozmowy. Ale gdyby mnie wtedy poproszono, żebym opisała, czego dokładnie się spodziewam, to bym powiedziała, że spodziewam się wielkiej uczty, no jak to bywa: sałatki, sałatki, sałatki, rozmaite zakąski, pośrodku stołu wielka dymiąca misa z kurczakiem albo z czymś mięsnym, ziemniaki, wino, no i oczywiście herbata z tortem, konfiturami i słodyczami. A potem, nawet gdy się wydaje, że nic więcej już nie można w sobie zmieścić, jednak zawsze uda się zjeść kilka winogron czy banan, czy jabłko. Słowem je się długo i z namiętnością.

Zaczęło się wszystko dobrze. "Ojciec gościnny" odebrał mnie na dworcu, w 5 minut byliśmy w domu. Tu pani domu mnie zapytała, czy będę jadła. Dziwne pytanie, bo odpowiedzieć "tak" jest niegrzecznie, ale odpowiedzieć "nie" byłoby w takiej sytuacji według mnie jakoś głupio. Więc powiedziałam, że tak.

Posadzono mnie przy stole i postawiono pusty talerzyk. Na stole były pokrojone kiełbasa i ser. Pani przyniosła chleb, wziąłam go i położyłam kromkę z lewa obok talerza, czekając na kolację. Ale pani usiadła i ponieważ nic się nie stałało, po chwili mnie olśniło, że oto właśnie jest kolacja! i że właśnie ten chleb z kiełbasą jest przeznaczony do talerzyka! Brakuje mi słów, by opisać, czym to dla mnie było. Całkowicie nie byłam przygotowana na takie wydarzenie. To, że byłam głodna jak wilk (po 4 godzinach jazdy pociągiem), że marzłam bez ciepłej potrawy, to wszystko nie było aż tak okropne, przecież można wytrzymać jakiś czas w trudnych warunkach, ale najbardziej mnie dotknęło to, że oni tak źle mnie traktują, bo właśnie tak to dla mnie wyglądało. Nawet teraz po latach trudno mi się z tym pogodzić. Dokładnie wiem, że pani nic złego nie miała na myśli, ale sercem w to uwierzyć nie mogę.

Oczywiście, że mówiłam na wszystko "danke" i usiłowałam wyglądać na szczęśliwą. Odważyłam się poprosić o herbatę (nikt jej nie pił). Do herbaty przywiozłam ze sobą sguszczonkę (takie gęste słodkie mleko), ale pani ją gdzieś schowała. Przed zaśnięciem popłakałam z głodu, chłodu i rozczarowania. Na śniadanie był, jak to w Niemczech, chleb z serem i kiełbasą. Nie miałam pojęcia, że to norma. Wszystko wskazywało na to, że mnie nienawidzą, czułam się obrażona i przez cały czas zastanawiałam się boleśnie - po co mnie tu zaprosili, skoro mnie nienawidzą? Żeby w taki oto brutalny sposób znęcać się nade mną tymi kanapkami?

Jeszcze wieczorem herbata wydała mi się bardzo mocna, ale rano była po prostu zadziwiająco czarna i gorzka. Dopiero po wypiciu spostrzegłam, że pani wsypała liści do elektrycznego czajniku i tam je gotuje, w dodatku wczorajsze. Przecież to czyfir, narkotyczny napój, ktorego się pije w więzieniu zamiast alkoholu. U nowicjuszy może spowodować mdłości, co właśnie się ze mną stało, bo nigdy przed tym nie piłam czyfiru w dodatku na pusty żołądek. Na szczęście moja weekendowa rodzina też zauważyła, że źle wyglądam, że mam całkiem sinią twarz, że jakoś tragicznie posmutniałam i że muszę iść do lekarza. Uchwyciłam się tej propozycji (bo przecież żadną miarą sama nie przyznałabym się otwarcie, że chcę do domu) i po 20 minutach już siedziałam w pociągu pędzącym w stronę Monachium, gdzie mogłam nareszcie się karmić ile dusza potrzebuje, ogrzewać się i odpoczywać moralnie. Wiem, już wtedy wiedziałam, że byłam dla tej rodziny, a szczególnie dla pani, wielkim rozczarowaniem, ona nawet nie wyszła się ze mną pożegnać, ona chyba naprawdę lubi gości i naprawdę cieszyła się z mojego przyjazdu, ale w tym momencie ja wcale nie mogłam zrozumieć, co się dzieje, czemu to tak źle się dzieje.
Do dziś nie mogę się pozbyć poczucia winy, że nie potrafiłam się z ludźmi porozumieć, a jednocześnie, jakby śmiesznie to nie brzmiało, poczucia, że napluli mi w duszę tym przyjęciem.

вторник, 17 мая 2011 г.

Akcent

Do stworzenia tego wpisu zainspirowała mnie dyskusja na blogu Karola, dotycząca akcentu.
Pozbyć się obcego akcentu dla większości ludzi jest po prostu niemożliwe i nie widzę w tym szczególnego problemu. Trzeba tylko odróżniać akcent od niepoprawnej wymowy. Gdy np wymawia się jakieś dźwięki, których wcale nie ma być, to już nie akcent, to błąd. Np wyraźny r w niemieckich słowach typu "vereinigen" albo, co mnie zawsze przeraża, r na końcu w "der", "mir" itp. To już nie akcent, lecz gruby błąd. Każdy może się nauczyć mówić poprawnie.

Ale żeby bez akcentu mówić - to rzadkość. Nigdy nie miałam problemów z rozumieniem ludzi, mówiących z silnym akcentem, a słyszałam najrozmaitsze, bo uczyłam się niemieckiego w Goethe razem z ludźmi z całego świata. Najtrudna ta niemiecka wymowa była moim doświadczeniem dla Japończyków, ale przecież zawsze zrozumieć można.

Spotkałam kiedyś dziewczynę z Francji, która tak doskonale mówi po rosyjsku, z takim wyraźnym moskiewskim akcentem, że gdyby powiedziano mi, że jest z Moskwy, uwierzyłabym w to bez wątpienia. To było po prostu genialne! Dziewczyna skromnie odpowiedziała, że ucząc się przez 10 lat wstyd było by się nie nauczyć, że mieszkała tu przez cały rok i że w ogóle... Genialna skromna dziewczyna. Mogłaby się zatrudnić jako szpieg. Wywarła na mnie wielkie wrażenie.

Polski akcent, gdy się mówi po rosyjsku, jest bardzo dziwny, bo nie jasno na czym właśnie polega. Rozmawiałam już z kilkoma bardzo dobrze mówiącymi ludźmi i wszyscy mieli to samo: niby wszystkie dźwięki są poprawne, ale cała mowa jest jakaś płynąca, nie dość wyraźna, jak gdyby pod wpływem anestezii mówiono. Właśnie od dentysty :) Jestem ciekawa, jak to brzmi, gdy mówię po polsku, bo wszyscy grzecznie odpowiadają, że dobrze, ale chyba też jakoś śmiesznie.

Pozbyć się niedoskonałości mowy typu "coś tu nie pasuje", "od razu słychać, że to obcokrajowiec" jest również trudno z punktu widzenia stylistyki i poprawnego połączenia słów. Czytałam teksty, napisane po rosyjsku przez obcokrajowców i zauważyłam, że nawet jeśli nie ma błędów ani gramatycznych, ani też żadnych grubych stylistycznych, to jednak cały tekst brzmi dziwnie, bo Rosjanin nigdy tak nie powie, sformułowania wyglądają nienaturalnie, taki "akcent leksyczny". Domyślam się, że mam to samo i właśnie tego akcentu się pozbyć wydaje mi się rzeczą ważniejszej. Niestety nie mam żadnej strategii oprócz "więcej czytać i pisać". Obawiam się, że osiągnięcie upragnionego poziomu może zająć jeszcze kilka lat.