Tym razem nowy wpis został spowodowany ciekawą informacją o chińskich zwyczajach na blogu Ev. Już dawno nie jest dla mnie tajemnicą ten fakt, że mamy dużo wspólnego z Chińczykami. Kiedy uczyłam się niemieckiego w Monachium, każdy w grupie musiał przygotować referat na dowolny temat i chłopak z Chin wybrał sobie jako temat "różnice pomiędzy kulturą chińską a europejską". Słuchałam co mówił i ze zdziwieniem dowiedziałam się, że jednak mam o wiele więcej wspólnego z Chinami niż z Niemcami. Chłopak opowiadał o tym, z czym ma problemy w Niemczech, czego mu brakuje, co się bardzo różni w zachowaniu ludzi. Dotyczyło to rodziny (np tego, że w Chinach cała rodzina kręci się wokół dziecka), roli babci i dziadków, jedzenia, stosunków przyjacielskich, które w Chinach są o wiele więcej rozbudowane niż w Niemczech itd. Nie pamiętam wszystkiego, ale pamiętam, jak byłam zaskoczona tym, że tak dobrze go rozumiem. Miał w dodatku do referatu fajne rysunki. Np o jedzeniu miał taki:
Co znaczy, że w Chinach ciepłe potrawy trzy razy dziennie są bardzo ważne, natomiast w Niemczech tylko jeden raz. Wtedy pomyślałam: szkoda, że o tym nic nie wiedziałam wcześniej, bo akurat kilka dni przed tym referatem miałam duży problem, związany z jedzeniem.
Ponieważ wszystko poznaje się w porównaniu, więc dopiero w Niemczech dowiedziałam się, jak lubię jeść i jaką ważną rolę odgrywa jedzenie w mojej kulturze, bo żadne obcowanie z ludźmi nie odbywa się w Rosji bez dobrego, smacznego, obfitego jedzenia. Dlatego formuła "Lubię Cię, więc daję Ci dobre jedzenie" była dla mnie czymś, co się rozumie samo przez się. A gdy dla każdego z uczestników komunikacji coś innego się rozumie samo przez się, na pewno rodzą się nieporozumienia.
Instytut Goethego organizuje dla swoich studentów weekendy w tak zwanej Gastfamilie, to znaczy, że student spędza weekend w niemieckiej rodzinie. Powiedzieli nam, że to są ludzie, którzy bardzo lubią przyjmować gości z różnych krajów, żeby pokazać im swój własny i żeby umożliwić samotnym studentom z akademika prawdziwy rodzinny weekend. Ponieważ rodziny mi bardzo brakowało, więc zdecydowałam się na tę wycieczkę.
Kiedy jechałam, oczywiście nie myślałam bezpośrednio o jedzeniu, myślałam o tym, że czeka na mnie przyjemny wieczór, zapoznanie się z nowymi ludźmi, ciekawe rozmowy. Ale gdyby mnie wtedy poproszono, żebym opisała, czego dokładnie się spodziewam, to bym powiedziała, że spodziewam się wielkiej uczty, no jak to bywa: sałatki, sałatki, sałatki, rozmaite zakąski, pośrodku stołu wielka dymiąca misa z kurczakiem albo z czymś mięsnym, ziemniaki, wino, no i oczywiście herbata z tortem, konfiturami i słodyczami. A potem, nawet gdy się wydaje, że nic więcej już nie można w sobie zmieścić, jednak zawsze uda się zjeść kilka winogron czy banan, czy jabłko. Słowem je się długo i z namiętnością.
Zaczęło się wszystko dobrze. "Ojciec gościnny" odebrał mnie na dworcu, w 5 minut byliśmy w domu. Tu pani domu mnie zapytała, czy będę jadła. Dziwne pytanie, bo odpowiedzieć "tak" jest niegrzecznie, ale odpowiedzieć "nie" byłoby w takiej sytuacji według mnie jakoś głupio. Więc powiedziałam, że tak.
Posadzono mnie przy stole i postawiono pusty talerzyk. Na stole były pokrojone kiełbasa i ser. Pani przyniosła chleb, wziąłam go i położyłam kromkę z lewa obok talerza, czekając na kolację. Ale pani usiadła i ponieważ nic się nie stałało, po chwili mnie olśniło, że oto właśnie jest kolacja! i że właśnie ten chleb z kiełbasą jest przeznaczony do talerzyka! Brakuje mi słów, by opisać, czym to dla mnie było. Całkowicie nie byłam przygotowana na takie wydarzenie. To, że byłam głodna jak wilk (po 4 godzinach jazdy pociągiem), że marzłam bez ciepłej potrawy, to wszystko nie było aż tak okropne, przecież można wytrzymać jakiś czas w trudnych warunkach, ale najbardziej mnie dotknęło to, że oni tak źle mnie traktują, bo właśnie tak to dla mnie wyglądało. Nawet teraz po latach trudno mi się z tym pogodzić. Dokładnie wiem, że pani nic złego nie miała na myśli, ale sercem w to uwierzyć nie mogę.
Oczywiście, że mówiłam na wszystko "danke" i usiłowałam wyglądać na szczęśliwą. Odważyłam się poprosić o herbatę (nikt jej nie pił). Do herbaty przywiozłam ze sobą sguszczonkę (takie gęste słodkie mleko), ale pani ją gdzieś schowała. Przed zaśnięciem popłakałam z głodu, chłodu i rozczarowania. Na śniadanie był, jak to w Niemczech, chleb z serem i kiełbasą. Nie miałam pojęcia, że to norma. Wszystko wskazywało na to, że mnie nienawidzą, czułam się obrażona i przez cały czas zastanawiałam się boleśnie - po co mnie tu zaprosili, skoro mnie nienawidzą? Żeby w taki oto brutalny sposób znęcać się nade mną tymi kanapkami?
Jeszcze wieczorem herbata wydała mi się bardzo mocna, ale rano była po prostu zadziwiająco czarna i gorzka. Dopiero po wypiciu spostrzegłam, że pani wsypała liści do elektrycznego czajniku i tam je gotuje, w dodatku wczorajsze. Przecież to czyfir, narkotyczny napój, ktorego się pije w więzieniu zamiast alkoholu. U nowicjuszy może spowodować mdłości, co właśnie się ze mną stało, bo nigdy przed tym nie piłam czyfiru w dodatku na pusty żołądek. Na szczęście moja weekendowa rodzina też zauważyła, że źle wyglądam, że mam całkiem sinią twarz, że jakoś tragicznie posmutniałam i że muszę iść do lekarza. Uchwyciłam się tej propozycji (bo przecież żadną miarą sama nie przyznałabym się otwarcie, że chcę do domu) i po 20 minutach już siedziałam w pociągu pędzącym w stronę Monachium, gdzie mogłam nareszcie się karmić ile dusza potrzebuje, ogrzewać się i odpoczywać moralnie. Wiem, już wtedy wiedziałam, że byłam dla tej rodziny, a szczególnie dla pani, wielkim rozczarowaniem, ona nawet nie wyszła się ze mną pożegnać, ona chyba naprawdę lubi gości i naprawdę cieszyła się z mojego przyjazdu, ale w tym momencie ja wcale nie mogłam zrozumieć, co się dzieje, czemu to tak źle się dzieje.
Do dziś nie mogę się pozbyć poczucia winy, że nie potrafiłam się z ludźmi porozumieć, a jednocześnie, jakby śmiesznie to nie brzmiało, poczucia, że napluli mi w duszę tym przyjęciem.

